O kształceniu charakteru


Z pism Plutarcha z Cheronei dowiadujemy się, że grecki prawodawca Likurg (IX lub VIII wiek przed Chrystusem) w dość zdroworozsądkowy sposób chciał przekonać swych rodaków o wielkim znaczeniu wychowania młodzieży.

W tym celu wziął pod opiekę dwa nowo narodzone psy-bliźniaki. Jednego trzymał w kuchni, dając mu kości do ogryzania, z kolei drugiego brał często na polowania i zaprawiał do chwytania zwierzyny. Gdy zwierzęta podrosły, zabrał je z sobą na rynek, gdzie miał wygłosić przemówienie. W trakcie wystąpienia jego niewolnik, na umówiony znak, otworzył dwa worki. Z pierwszego wysypał kości, a z drugiego wypuścił żywego zająca, uwalniając jednocześnie psy ze smyczy. Pies wychowany w kuchni rzucił się na kości, drugi zaś pognał za zającem. Wtedy to Likurg tak się odezwał do zebranych: „Oba psy pochodzą od jednej matki, ale jakie różne są ich upodobania. Każdy z nich robi to, do czego się przyzwyczaił. Tak samo i my możemy przez wyrabianie w sobie przyzwyczajeń zapanować nad wrodzonymi popędami, choćby one były bardzo silne”.


Stan bezcharakterności

Choć przywołany obraz dotyczy czworonogów, posłużyć może jako metafora, gdy ma się zamiar opisać pedagogiczną prawdę, iż człowiek przychodzi na świat z naturalnym uposażeniem, które – za niemieckim pedagogiem Fryderykiem W. Foersterem (1869–1966) – możemy określić jako stan naturalnej bezcharakterności, czyli zaburzonego porządku w funkcjonowaniu sfery duchowej i zmysłowej człowieka. Jego znamienną cechą jest silna tendencja egocentryczna, ujmowana przez Foerstera jako „niewdzięczne, bezwzględne, szalejące »ja«, znające i uznające tylko swoje sprawy i swoje prawa”.

Na tą samą rzeczywistość zwracają uwagę, lecz inaczej ją nazywają, pozostali niemieccy pedagodzy: Jan F. Herbart (1776–1841), mówiąc o charakterze przedmiotowym w odróżnieniu od charakteru podmiotowego albo Jerzy Kerschensteiner (1854–1932), wspominając o zadatkach charakteru.

W Polsce natomiast pedagog i etyk Jacek Woroniecki (1878–1949) pisał o skłonnościach wrodzonych. Aby te różnorodne i silnie zindywidualizowane dyspozycje naturalne mogły pracować jako jednolite i zgodne źródło sprawczej siły ludzkiej, niezbędne jest kształcenie charakteru.

Czym jest ów charakter?

Słowo „charakter” wywodzi się z języka greckiego, w którym charaks oznacza znak, znamię, rysę, z kolei charassejn – przycinać, karbować. „Charakter” w pierwotnym znaczeniu odnosił się do „kształtu właściwego palowi granicznemu”, w dalszym zaś znaczeniu do „znaku powszechnie przyjętego na odróżnienie granic jednej posiadłości od drugiej”. Etymologia tego terminu wskazuje, że „charakter” to coś stałego, co niejako określa granice odrębności danej osoby, gwarantując tym samym jej tożsamość.

Równocześnie charakter stanowi rzeczywistość dynamiczną, wymagającą od człowieka pracy, tj. karbowania, przycinania, czyli świadomego rozwijania jednych cech, a korygowania innych. W jakim celu? „Posiej czyn, a zbierzesz przyzwyczajenie; posiej przyzwyczajenie, a zbierzesz charakter; posiej charakter, a zbierzesz swój los” – tak efekt finalny określił amerykański filozof i psycholog William James (1842–1910).

Locke kontra Schopenhauer

Nieco upraszczając, w tradycji pedagogicznej można wskazać dwa przeciwstawne stanowiska dotyczące możliwości oddziaływań wychowawczych wobec natury ludzkiej. Pierwsze wyraża się w przekonaniu, że naturę tę jesteśmy w stanie okiełznać za pomocą wychowania. Innymi słowy, człowieka można dowolnie kształtować przy użyciu odpowiednich metod. Zwolennikiem tego poglądu był angielski filozof John Locke (1632–1704), który porównywał dziecko do niezapisanej tablicy (łac. tabula rasa), albo do wosku, który można do woli ugniatać.

Temu optymizmowi sprzeciwiał się Artur Schopenhauer (1788–1860). Zdaniem niemieckiego filozofa, charakter człowieka jest dziełem natury, ślepej woli życia. Chęć usunięcia wrodzonych złych skłonności za pomocą moralizowania przyrównywał on ironicznie do próby doprowadzenia przez troskliwą opiekę dębu do tego, by rodził morele. Wychowanie, jego zdaniem, może co najwyżej dać pewną ogładę towarzyską, lecz nie jest w stanie zmodyfikować ludzkiego charakteru.

Praca nad sobą

Czy ten ostatni pogląd nie zabija chęci do pracy nad sobą? Wszak gdyby Schopenhauer miał rację, należałoby z góry uznać za bezcelowe wszystkie zabiegi wychowawcze. Nie ma jednak potrzeby liczyć się poważnie z jego argumentacją, albowiem wnikliwa obserwacja życia wskazuje, że możemy wpływać na kształt własnego charakteru, choć nie tak totalnie, jak chciałby tego Locke. Dziedziczności należy wprawdzie przyznać ważną rolę w rozwoju człowieka, ale błędem jest twierdzić, że to ona determinuje naszą tożsamość. Prócz uwarunkowań genetycznych, wpływ na to, kim jesteśmy, mają jeszcze dwa pozostałe czynniki: środowisko (inni ludzie i wzory kulturowe) oraz w największym stopniu – my sami (poprzez świadomy wysiłek).

Właściwie ukształtowany charakter nie jest więc darem losu ani dziełem przypadku, lecz owocem wytrwałej pracy nad sobą. Wytrwałej, bo – jak mawiali starożytni filozofowie – „Bonum arduum est”, czyli „Dobro jest trudne”. Dziś o tej prawdzie zdajemy się niekiedy zapominać, ulegając skłonności do przedkładania przyjemności nad obowiązek, choć przecież, gdy tylko zechcieć się nad nią zastanowić, to porazi ona swą oczywistością.

Proust i France

Podczas ceremoniału przyjęcia René Claira (1898–1981) do Akademii Francuskiej, wybitny reżyser opowiedział dialog, który miał miejsce na początku naszego stulecia między dwoma wielkimi pisarzami Marcelem Proustem i Anatolem Francem:

Proust: – Jak to się stało, że tyle umiesz?

France: – Gdy byłem w twoim wieku, nie miałem twej prezencji. Ja się nie podobałem i nie udzielałem towarzysko. Siedziałem w domu i czytałem, bez przerwy czytałem.

Piotr T. NOWAKOWSKI

Pedagog i publicysta, doktor habilitowany nauk społecznych, profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego.