Felieton pewnego pedagoga. O autorytecie nauczyciela


Podzielę się z państwem refleksjami o budowaniu przez nauczyciela autorytetu w oczach ucznia i w oczach klasy jako zespołu. Przyjmijmy definicję autorytetu jako zdolność do wywierania wpływu na konkretnego ucznia (uczennicę) i na klasę, zdolność pozwalającą na pełnienie roli lidera w klasie.

Pytanie na początek: jaka, w twoim odczuciu, jest siła twojego autorytetu w skali od 1 do 10, gdzie 10 – to naprawdę niekwestionowany autorytet obdarzony niepodważalnym respektem uczniów i uczennic?

Co możesz zacząć robić, a czego więcej nie robić, co możesz robić inaczej, czego możesz robić więcej, a czego mniej – by siła twojego autorytetu była o jeden, dwa, trzy punkty większa?

Oto kilka wybranych przeze mnie kompetencji, które subiektywnie wydają mi się dość znaczące dla optymalnego rozegrania gry o własny autorytet… Akcentuję takie, które może są nieco paradoksalne – ale myślę, że warto o nich porozmawiać.


POZWÓL SOBIE NA „PORAŻKĘ”

Pytanie, co się stanie, jeśli na lekcji czy na przerwie jakaś sytuacja, jakieś zachowanie ucznia będzie dla ciebie takim wyzwaniem, z którym w danym momencie nie poradzisz sobie tak, jak byś chciała?

Co – jeśli na chwilę w jakimś zakresie utracisz trochę kontroli nad jakimś elementem wokół ciebie? Nie mówimy o elementach kluczowych – np. bezpieczeństwie, ale np. o twoim EGO – twoim poczuciu ważności w oczach klasy.

Uczennica czy uczeń nie posłucha cię i nie wykona jakiejś podanej przez ciebie instrukcji… Czy to deprecjonuje cię w oczach pozostałych uczniów i uczennic?

No dobrze, w tej konkretnej sytuacji – ponosisz „porażkę”. Ale, jak to mówią: nie porażka – a doświadczenie.

Ważne to, co potem z tą „porażką” zrobisz…

Być może takiej sytuacji nie powinieneś, nie możesz, albo nie chcesz zostawić albo i jedno, i drugie, i trzecie. Powinnaś nad nią się pochylić. Może na spokojnie – po lekcji, po opadnięciu emocji. Może indywidualnie – z tym konkretnym uczniem, nie przed całą klasą.

Jeszcze może się okazać, że ta twoja „porażka”, jak ją spokojnie przeanalizujesz, wzmocni twój autorytet, zamiast go osłabić.

Pozwól sobie na ponoszenie porażek. „Sukces często idzie o krok za porażką…” (Brian Tracy.)


NIE BÓJ SIĘ PRZYZNAĆ DO BEZRADNOŚCI

Jedna bezradność nie oznacza ogólnej porażki.

To, że nie radzisz sobie w jakiejś sytuacji – nie oznacza zgeneralizowanej bezradności.

Twoje próby zmotywowania uczennicy do (większego) zaangażowania się w naukę nie przynoszą oczekiwanych przez ciebie skutków? Co tobie mówi taka sytuacja?

Może trzeba czasu – twoje wysiłki, jeżeli nie działają od razu, niekoniecznie muszą świadczyć o Twojej nieskuteczności. Załóż, że nie ma efektów od razu…

Może warto rozłożyć sytuację na czynniki pierwsze. Znaleźć poszczególne elementy, które nie działają i po kolei próbować sobie z nimi radzić – w miejsce podejmowania prób zmiany całego zjawiska. Na przykład uczeń pewnie będzie przeszkadzał ci na lekcji, jeśli za tym kryje się jego chęć zaistnienia. Dopóki nie stworzysz mu okazji do tego zaistnienia w jakiś inny sposób, żeby przeszkadzanie ci na lekcji już go nie interesowało.

A może powinieneś znaleźć inny pomysł na poradzenie sobie z pedagogicznym wyzwaniem? Jeśli podejmujesz te same działania – nie możesz oczekiwać jakichś nowych rezultatów.

A w ogóle myślę, że to super sytuacja, gdy w gronie pedagogicznym każdy nauczyciel może się otwarcie przyznać do jakiejś swojej „bezradności”, jeśli na taką natrafi. Nieraz w zespole, we współpracy można sobie poradzić z sytuacją, z którą w pojedynkę jest niełatwo. Grono pedagogiczne jako zespół, w którym każdy może się przyznać do tego, że sobie z czymś nie radzi – i uzyskać wsparcie. A więc zamiast zapytać nieradzącą sobie z czymś koleżankę „czego jeszcze nie rozumiesz?” zapytaj ją „w czym mogę ci pomóc?”


UMIEJ PRZYZNAĆ SIĘ DO BŁĘDU

Chyba to najpierw kwestia przyjęcia, że popełnianie błędów jest normalną sprawą.

Źle rozegrałam jakąś sytuację z uczniem na lekcji. Z banalnej kwestii „wyszedł” poważny spór. Jakaś moja niewspółmierna reakcja. Niewłaściwie zinterpretowane zachowanie uczennicy… Może nie miała na myśli niczego złośliwego, choć dla mnie tak to zabrzmiało. Jakaś moja interwencja, która może powinna była być poprzedzona rozmową, próbą zrozumienia? Może gdzieś się włączyło moje EGO, zamiast wspólnego poszukania obopólnie satysfakcjonującego rozwiązania? I coś, co wyglądało zupełnie „niegroźnie” przekształciło się w „aferę”.

Alternatywa to np. elastyczność. „Dokonuj ciągłych poprawek kursu” (to znowu cytat z Briana Tracy’ego)

No i jeszcze unikanie dróg na skróty… „Nie ma skróconych dróg do szczęścia” (a to po prostu z Hemingwaya.) Jestem przekonany, że jest kategoria błędów popełnianych z chęci natychmiastowego rozwiązania problemu. A pewnie szeregu spraw z uczniami nie można rozwiązać w jednej chwili…

Dlatego też myślę sobie, że w wielu przypadkach skłonność do przyznania się do błędu ma związek z gotowością do szukania rozwiązań w oparciu o opcję „wygrany – wygrany”. Bo szukanie sytuacji, w której każdy wygrywa najczęściej kosztuje trochę czasu i wysiłku.


Grzegorz MANDRYSZ – pedagog – praktyk (zwłaszcza w zakresie diagnozy funkcjonowania rodziny i pedagogiki szkolnej) oraz dydaktyk kształcący przyszłych pedagogów. Coach i tutor. Trener kompetencji miękkich i budowania zespołów. Absolwent studiów np. z psychologii i negocjacji w biznesie. Współpracuje z Instytutem Studiów Podyplomowych w Tychach, gdzie prowadzi zajęcia na specjalności „Zarządzanie zasobami ludzkimi”. Miłośnik nastrojów przyrody, klimatu drewnianej architektury i tajemnic średniowiecznych zamków.