Edukacja dzieci z wadami słuchu


mgr ewa stankowska

„Kurier Nauczycielski” rozmawia z Ewą Stankowską, logopedą, surdopedagogiem, specjalistą z 38-letnim doświadczeniem, wykładowcą Instytutu Studiów Podyplomowych w Tychach.

Kurier Nauczycielski: Jak z punktu widzenia swojego doświadczenia zawodowego ocenia pani poziom diagnozowania wad słuchu u dzieci?

Ewa Stankowska: Jeśli obecnie już pięciomiesięczne niemowlę ma postawioną diagnozę, dobrany aparat słuchowy i można z nim prowadzić terapię, to jest bajka! Kiedy w latach 80. rozpoczynałam pracę z dziećmi z wadami słuchu, to ewenementem było zdiagnozowane półtoraroczne dziecko. Zazwyczaj pierwszy raz rodzice przechodzili do mnie z pociechami w wieku 3-5 lat. Różnica jest więc kolosalna. Przesiewowe badania słuchu wykonywane są powszechnie w szpitalnych oddziałach noworodkowych. Jeżeli coś budzi niepokój, to takie badania u noworodków powtarza się. Zdarza się bowiem, że w uszach znajdują się jeszcze wody płodowe. W przypadku dalszych wątpliwości rodzice są kierowani na kolejne, nieinwazyjne badania BERA (ABR) z pnia mózgu. Taka kolejność działań sprawdza się doskonale.

KN: Jaka jest różnica między dziećmi z głębokim ubytkiem słuchu a dziećmi niedosłyszącymi?

ES: Co oznacza głęboki ubytek słuchu? Tak obrazowo... Możemy o nim mówić wtedy, gdy ktoś w dyskotece wyciąga aparaty słuchowe i nie słyszy żadnego dźwięku. Albo w pomieszczeniu o pow. 20 m kw. ma założone aparaty, a nie słyszy pracującej wiertarki. Dzieci z głębokim ubytkiem słuchu, bez wsparcia terapeutów, nigdy nie nauczą się mówić.

Z kolei dzieci niedosłyszące (do 70 db ubytku słuchu) mogą komunikować się z otoczeniem, ale w wieku ok. 5-6 lat będzie pojawiał się u nich problem ze zrozumieniem mowy. Mogą np. zamieniać „ć” na „ś” lub „c” na „s”. Mogą mylić samogłoski. W szkole zaś pojawiają się problemy z pisaniem ze słuchu.

KN: Jak wygląda terapia dzieci z wadami słuchu?

ES: Jak wspomniałam, pracujemy już z kilkumiesięcznymi maluchami. Ale jak to robić, skoro one jeszcze nie siedzą, nie mówią i nie wyciągają języka na komendę? Na początku stawiamy na ćwiczenia słuchowe. Dla małego dziecka z wadą słuchu wypowiadane przez nas „a” i „o” nic nie znaczą. To tylko otwieranie i zamykanie buzi. Ale już wymowa samogłoski „a” z jednoczesnym trzymaniem rączki przy naszym policzku czy krtani powoduje, że maluch czuje dźwięk. Przecież mowę odbieramy także poprzez wibracje... On jeszcze tego dźwięku nie będzie nazywał, ale musi zwracać na niego uwagę. Uczymy też rodziców jak wykorzystywać do ćwiczeń słuchowych codzienne sytuacje i domowe sprzęty. Ile ćwiczeń można wykonać z wodą płynącą z kranu! A odgłosy uderzania w garnki? W świat dźwięku doskonale wprowadza też otwierane i zamykane szuflad komody. Można nosić malucha, spacerując po pokoju i w rytm tego marszu śpiewać „Siała baba mak, nie wiedziała jak...”. Bo mowa to także rytm i melodia. W kolejnym etapie dziecko wskazuje, jaki dźwięk słyszy – np. kasztanów czy piasku w potrząsanej butelce.

KN: Z tymi dźwiękami można przesadzić?

ES: Trzeba pamiętać, że każdy nowy dźwięk dla dzieci z wadą słuchu może być przerażający. Jak czegoś nie znasz, to się boisz. To jest podobne odczucie do tego, kiedy budzimy się w środku nocy i słyszymy nieznany dla siebie dźwięk. Myślimy wtedy: „Co się dzieje? Czy ktoś się włamuje?”. Niektóre dzieci reagują płaczem, kiedy odtwarzam im np. odgłosy zwierząt. Nie wycofujemy się jednak z ćwiczeń.

KN: Co jest priorytetem w terapii, kiedy podopieczny jest już w stanie nazywać i rozumieć otaczające go rzeczy i zjawiska?

ES: Dzieci z wadami słuchu nie rodzą się wzrokowcami, ale wymusza to na nich sytuacja,w której się znaleźli. Żeby się porozumieć (szczególnie w przypadku znacznego ubytku słuchu) muszą patrzeć na drugiego człowieka, aby odczytać mowę z ust. Uczą się różnicować sylaby, wyrazy, zdania. To jest praca etapowa, rozłożona na lata. Materiału przybywa wraz z rozwojem dziecka. Każde pojęcie musimy nazwać, użyć go i zrozumieć. Mamy np. słowo bilet. Może być autobusowy, do kina, do teatru, do cyrku. Trzeba pójść do teatru, kupić ten bilet i usiąść. Żeby zrozumieć desygnat nazwy. Weźmy temat Świąt Wielkanocnych. Najpierw na fotografiach pokazuję poszczególne etapy obrzędu święcenia pokarmów. Potem mama ten koszyczek szykuje, dziecko więc zapamiętuje. Następnie idzie z tym koszyczkiem do kościoła, przychodzi do domu, je z rodziną te potrawy. ,Na tym to polega.

Zdrowym trudno zrozumieć, co to znaczy nie słyszeć. Kiedyś jeden podopieczny opowiedział mi, jak odkrył w ósmej klasie, że inne dzieci bawią się inaczej niż on. Weźmy taki samochodzik... Jemu rodzice zawsze mówili: „Popatrz, auto wjeżdża do garażu, popatrz auto szybko wjeżdża do garażu, auto wolno wjeżdża, auto stanęło, tu ma koła, policz ile ma kół”. Zdrowe dzieci po prostu rozumieją te mechanizmy, nie musimy im ich nazywać. To się odbywa naturalnie. Kiedy pan idzie z dzieckiem do samochodu i mówi mu: „Wrzuć to do bagażnika”, to ono wie o co chodzi. Dziecku z ubytkiem słuchu trzeba najpierw przybliżyć co oznacza słowo „bagażnik”.

Łatwiej jest dzieciom niedosłyszącym. Szybciej zaczynają mówić. Więcej dźwięków dociera do ich uszu dzięki aparatowi lub implantowi. Odczytywaniem mowy z ust jedynie się posiłkują.

KN: Czy dzieci z głębokim ubytkiem słuchu mogą chodzić do szkoły?

ES: Literatura mówi, że takie dzieci na ogół powinny edukować się w placówkach dla osób niesłyszących. Jednak czasy się zmieniły i literatura nie nadąża za rzeczywistością. Mamy szybką diagnostykę, lepsze aparaty i implanty, szybszą rehabilitację i mnóstwo specjalistów. Moi podopieczni z głębokim ubytkiem słuchu pracują zawodowo czy prowadzą swoje firmy.

KN: Czyli trafiają do szkół. Jak sobie tam radzą?

ES: W przedszkolu jest im stosunkowo łatwo. Dziecko siedzi naprzeciwko zawsze tej samej pani. Ona mówi wyraźnie i jednocześnie pokazuje ilustracje.

Gorzej jest w szkole podstawowej, bo tam nauczyciele dużo dyktują. Dzieci z ubytkiem słuchu nie są w stanie patrzeć na usta prowadzącego lekcje i jednocześnie notować. Wystarczy, że nauczyciel ma wąsy i brodę, które zasłaniają usta i dziecko już nie odczyta jego mowy. Podobnie jest z nauczycielem, który przychodzi do klasy na zastępstwo. Dziecko musi się do niego przyzwyczaić. Z kolei w klasach integracyjnych dzieciom z ubytkami słuchu mogą przeszkadzać uczniowie z innymi dysfunkcjami. Niekiedy bywają nadpobudliwi i hałasują. To denerwuje niedosłyszących, bo wyłapują wszystkiego, co mówi nauczyciel.

Przy bardzo dużej dawce informacji, którą uczniowie otrzymują podczas lekcji bardzo ważne jest, aby dzieci z wadą słuchu miały przygotowywane konspekty przez nauczyciela prowadzącego i wspomagającego. W nim mają opisane co jest najważniejsze do zapamiętania z lekcji.

Dużo lepiej radzi sobie młodzież z ubytkami słuchu w liceum i na studiach. Jeśli osoba jest dobrze rehabilitowana, to nie można się zorientować, że ma kłopoty ze słuchem. Wtedy mówią do niej: „Jak tak ładnie mówisz, to znaczy, że dobrze słyszysz”. Tak nie jest. To jest też pułapka. Wystarczy, że mu siądą baterie w aparacie słuchowym.

Ta ładna mowa to wynik długoletniej rehabilitacji i gigantycznej pracy rodziców. Oni są w stanie - kiedy wprowadzam tematykę Biskupina – wsiąść z dzieckiem w samochód i pojechać do muzeum w Biskupinie. A jeśli nie mają samochodu, to budują z pudełek model Biskupina wraz z fosą zalewaną wodą. Taka wizualizacja omawianych pojęć przynosi efekty.

KN: Przecież te dzieci potrafią czytać. Mogą dowiedzieć się o tym Biskupinie z książek.

ES: Ale muszą zrozumieć co czytają. Gdybym panu dała do przeczytania tekst naszpikowany terminami prawniczymi, to nie do końca pan by się orientował co czyta. Dlaczego w pracy z osobami z ubytkami słuchu musimy zaczynać od początku – od zrozumienia podstawowych zagadnień – nazw osób, rzeczy, owoców, zwierząt...

KN: Jakie błędy najczęściej popełniane są w edukacji dzieci z wadami słuchu?

ES: Według mnie dziecko z jakąkolwiek wadą słuchu nie powinno uczęszczać równocześnie do kilku specjalistów (logopedów czy surdopedagogów). Rodzice mają teraz taką możliwość, bo terapeuci są w przedszkolach, szkołach, w poradniach wczesnego wspomagania rozwoju czy wreszcie w gabinetach prywatnych.

KN: Dlaczego?

ES: A dobre byłoby dla pana, gdyby pan chodził na wizyty jednocześnie do kilku kardiologów? Pracuję na przykład z dzieckiem w wieku przedszkolnym i wprowadzam mu pojęcia związane z owocami. Inna koleżanka w tym samym tygodniu omawia warzywa, a trzecia pani w przedszkolu przerabia schemat budowy ciała. Dziecko ma jeden tydzień na opanowanie tych wszystkich pojęć. Proszę mi wierzyć – nawet maluch o ponadprzeciętnej inteligencji, ze wzorowo współpracującymi w terapii rodzicami i genialnej jakości implantami czy aparatami słuchowymi - nie jest w stanie opanować takie zakresu materiału. Jeśli jednak już dziecko chodzi do kilku terapeutów, to musi być osoba, która koordynuje ich pracę.

Niestety zdarza się też, że dziecko z wadą słuchu odbywa terapię u jednego specjalisty, a rok później przekazywane jest kolejnemu. To jest uwstecznianie jego rewalidacji. Nowy terapeuta musi bowiem poświęcić minimum pół roku, aby wyłapać co jego podopieczny potrafi, a czego nie opanował.

Ponadto często powtarzam rodzicom, że nie jest dobrze, jeżeli dzieci z wadą słuchu przesiadują tylko w gabinetach. Powinny poznawać świat przez uczestnictwo w rzeczywistych, konkretnych sytuacjach i poprzez naturę. Nie wystarczy pokazywać atrap oraz rysunków owoców, czy zwierząt. Dzieciaki nie zrozumieją do końca pojęcia „jabłko” bez dotknięcia, powąchania i spróbowania prawdziwego owocu.

KN: Co jest najważniejsze w tej pracy?

ES: Każde dziecko z ubytkiem słuchu ma jakieś predyspozycje. Jeżeli w trakcie długoletniej rehabilitacji zauważam, że np. chłopak doskonale rysuje, to idę w tym kierunku. Tak mój podopieczny Olek został architektem. Skończył odpowiednie studia, na które był m.in. egzamin z rysunku. Teraz pracuje w prestiżowej firmie w Bielsku. Brał udział w projektowaniu galerii i dworca w Katowicach. Musi się dobrze i precyzyjnie komunikować, bo ma podwykonawców i współpracowników. Nauczył się tego, choć bez aparatów nie słyszy. Był kiedyś u mnie na zajęciach ze studentami. Padał deszcz. Studenci zapytali, czy słyszy ten deszcz? On na to: „Nie słyszę, ale widzę”. Podszedł potem do zamkniętego okna. Przyłożył ucho do szyby i mówi: „Nie słyszę”. W końcu otwarł okno i powiedział – słyszę te uderzenia o parapet i wiem, że to jest deszcz.

KN: Ma pani innych wychowanków z takimi osiągnięciami?

ES: Grzesiu jest po pedagogice specjalnej w Krakowie i po informatyce na AGH. Prowadzi swój biznes. Dlaczego pedagogika specjalna? Bo podczas turnusów rehabilitacyjnych zauważyłam, że bardzo lubią go dzieci, zresztą z wzajemnością. Pracował w szkole kilka lat. W klasie miał też osobę niedosłyszącą. Dla niej motywujący był fakt, że jego nauczyciel ma tę samą dysfunkcję, jak ona. Jedna z moich podopiecznych skończyła ekonomię i aranżację wnętrz. Z kolei Ewelina jest tłumaczem języka migowego, a Angelika jest na drugim roku psychologii. Chce zajmować się osobami niesłyszącymi, migającymi.

Oczywiście nie wszyscy mogą ukończyć studia. Zostają jednak dobrymi rzemieślnikami – fotografem, krawcową... To jest majstersztyk! Z głębokim ubytkiem słuchu wejść w świat słyszących.

KN: Pani musi ich znać jak członków rodziny.

ES: Wielu z nich prowadziłam od wieku półtora-trzech lat do pełnoletności. Dziś jestem na ich ślubach czy chrzcinach. Widujemy się. Ostatnio jeden z ósmoklasistów zapytał mnie, ile mam lat? Mówię, że 62., a on na, że w taki razie dam radę pracować z nim do jego matury (śmiech).

KN: Mówiła pani przed wywiadem, że koniecznie chce przekazać radę rodzicom zdrowych dzieci.

ES: Tak. Nie bagatelizujecie państwo przeziębienia i kataru u swoich pociech. Każdy stan kataralny może pozostawiać po sobie ubytek słuchu. Może np. zalegać płyn w uszach. Lepiej dziecko dobrze wyleczyć i dopiero wtedy posyłać do szkoły.

I jeszcze jedno. Uczcie państwo dzieci czyszczenia nosa. Bo to jest tor oddechowy. Musi być drożny, aby mowa była wyraźna.

EWA STANKOWSKA - wykładowca logopedii i surdopedagogiki w Instytucie Studiów Podyplomowych w Tychach, specjalista z 38-letnią praktyką zawodową w przedszkolach, szkole, poradni psychologiczno-pedagogicznej oraz własnym gabinecie; absolwentka Uniwersytetu Śląskiego (wychowanie przedszkolne), Akademii Pedagogicznej w Krakowie (logopedia, surdopedagogika, kształcenie integracyjne z rewalidacją indywidualną), Uniwersytetu Marii Curie- -Skłodowskiej w Lublinie (neurologopedia), Górnośląskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Mysłowicach (oligofrenopedagogika); posiada certyfikat terapeutów mowy; dwukrotnie otrzymała tytuł „Wykładowcy Roku” nadawany przez Instytut Studiów Podyplomowych.